beebebebe

1313: Gigantyczne pszczoły zabójcy

1313: GIANT KILLER BEES
1313: GIGANTYCZNE PSZCZOŁY ZABÓJCY

 

Nasz świat spotkała zagłada. Zainfekowani przez owady geje, niczym wierni żołnierze swej królowej, w samych tylko bokserkach rozpierzchli się po świecie, niosąc śmierć i zniszczenie. Jak do tego doszło? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć nie szczędząc wam okropnych szczegółów.

 

Nastał taki czas, że populacja pszczół, zajmujących się zapylaniem kwiatów i produkcją miodku zaczęła karłowacieć. Ich skrzydełka nie miały już tyle wigoru, a bzyczenie przestało drażnić nawet dzieci bawiące się podczas pikniku, a co za tym idzie, ktoś musiał pomóc biednym owadom.

 

Z pomocą przyszedł pewien doktor, który zlecił swoim studentom genetyki zmodyfikowanie tego gatunku, ale niestety zespół składał się wyłącznie z homoseksualnych kumpli, którzy woleli poharatać w gałę (zabrzmiało dwuznacznie) niż skupić się na zadaniu.

(Zombie-Pszczoła tuż po reanimacji)
Wkurzony brakiem widocznych postępów szef, wysłał do jednostki badawczej swego pomocnika, a tego na miejscu ogarnęła zgroza. Jedynie czarnoskóry facet w kitlu przykładał się do roboty, więc pomagier od razu zakapował ekipę swojemu przełożonemu.
Ten również wkurwił się niemiłosiernie i nakazał, by podać eksperymentalne serum pszczółkom, na których przeprowadzano badania. Te jednak zmarły, a następnie zmartwychwstały, trzydziestokrotnie zwiększając swe rozmiary i zaczęły polować na laborantów.
Efektem użądlenia przez zmutowaną pszczółkę była przemiana w swego rodzaju zombie, posłusznego rojowi. Zainfekowani również mogli przenosić chorobę dalej, a co za tym idzie, skończyło się to apokalipsą.

 

(Dynamiczna scena pościgu)

Ludziska moje, ten film to totalna masakra, przeznaczona wyłącznie dla kobiet, lubujących się w obserwowaniu macających swoje członki mężczyzn (jest tego sporo) oraz osób o homoseksualnej orientacji…. i może wegan, czemu nie.

Na szczególną uwagę zasługuje ostatnie dwadzieścia pięć minut filmu. Czemu? Ponieważ przez około piętnaście minut podziwiamy epicką scenę marszu jednego z głównych bohaterów.

Wyobraźcie to sobie! Facet wychodzi z ośrodka (w tle epicka muzyka), idzie, idzie, mija kałuże, jakieś budynki, wchodzi do lasu (muza wciąż gra), wychodzi z drugiej strony lasu, idzie przez plażę (ujęcie na fale), mija okoliczne wyroby chałupnicze, prawie zderza się z palmą… i tak dalej. Przez piętnaście minut.

 

(„Gdybym tylko miał packę…”)

Zresztą, niczego innego się nie spodziewałem, ale jako wasz zbawiciel i mesjasz musiałem zrecenzować to, gdybyście kiedyś przypadkiem chcieli to sobie odpalić. Nie dziękujcie, to mój obowiązek.

 

Dla zainteresowanych:
Werdykt:

1 komentarz

  • Łukasz Bukowski

    27 maja 2016 at 10:31

    Przepraszam bardzo ale nawet ja, rasowy pedał, ledwo mogę przeżyć takie filmy.
    Przyznam się szczerze. Obejrzałem ich trochę. Sporo. Naprawdę dużo…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz