Dead Space: Aftermath

DEAD SPACE: AFTERMATH

Oto i pierwsza recenzja, która zahacza o inną tematykę niż gore-horror, kręcony przy użyciu zwykłych kamer. Dzieła z gatunku anime, które przewinęły się przez mojego kompa, mogę policzyć na palcach jednej reki. „Ninja Scroll”, „Ghost in the Shell” oraz „Akira”, to świetne przykłady na to, że japońskie (nazwijmy to) kreskówki, mogą wywrzeć piorunujące wrażenie na zwykłym, europejskim zjadaczu chleba. Nim przejdę jednak do recenzji opisywanego tutaj filmu, opowiem wam o czymś zgoła innym.
 Każdy, kto ceni sobie mocne przeżycia, w trakcie spędzania czasu przed konsolą, z pewnością powinien rozważyć zakup Dead Space 2 (w jedynkę, przyznam szczerzę, nie grałem). Jest to bowiem dzieło szatana, złe i paskudne, niczym oblicze naszej sfery politycznej. Różni się od niej jednak jednym motywem. W przeciwieństwie do działań patałachów, którzy rządzą naszym państwem, ta gra pozostawia po sobie niezbite dowody na to, że chaos, groza i uczucie kompletnego zaszczucia, mogą pozytywnie odbić się na psychice przeciętnego Kowalskiego.
Gdybym miał się tu rozwodzić o zaletach DS2, cała pojemność, jaką dysponuje internet byłaby za mała, by przedstawić, jak kurewsko zajebista jest ta gra. Szkoda tylko, że pseudo anime, które powstało w celu promocji tego zajebistego tytułu, ciężko oglądać nawet po wychlaniu 0,5 L.
Najgorszym możliwym zabiegiem, na jaki odważyli się twórcy DS:A, jest próba połączenia anime z animacją komputerową, która w dzisiejszych czasach przyprawia o mdłości, lub (ewentualnie) o facepalm. Jakości wykonania efektów komputerowych, które prezentowane są podczas seansu, nie da się określić nawet jako przyzwoite. Żal dupę ściska, kiedy przyzwyczajeni do cudów, jakie możemy zobaczyć we współczesnych produkcjach, oglądamy nieudolne próby stworzenia trójwymiarowego świata, które swą „zajebistością”, przypominają intro z „Warcrafta 2”.
Myślicie, że chociaż fabuła ratuje tę produkcję przed kompletną porażką? Chuja tam. Zaledwie niezła opowieść, która serwowana jest nam podczas seansu, nie jest w stanie wynagrodzić zażenowania, które towarzyszy nam przy podziwianiu strony wizualnej. Fanom gry, radzę omijać to gówno szerokim łukiem, natomiast osobom, które chcą się pośmiać z gównianych efektów „specjalnych”, zalecam wychlanie czterech browarów przed seansem.

Dla zainteresowanych:
http://www.youtube.com/watch?v=waUt_4ZiWaU

Werdykt:

Dodaj komentarz