7151726.3

Klasa 1999 II: Zastępstwo

  CLASS OF 1999 II: THE SUBSTITUTE
KLASA 1999 II: ZASTĘPSTWO

 Kojarzycie Pana Szyszka z „Miksera Filmowego”? Jeśli nie, to chyba najwyższy czas nadrobić zaległości. Tenże człowiek o aparycji wiewióra popełnił recenzję filmu, który przeniesie was w przeszłość, a mianowicie do szkoły, gdzie dzieją się cuda o jakich się wam nie śniło 😉

Pamiętam, że część pierwsza „Klasy 1999” była koszmarnie głupia i
szczerze powiedziawszy po „dwójce” spodziewałem się czegoś jeszcze
gorszego. Tymczasem, chociaż nadal mamy do czynienia z totalnym gniotem,
to poziom troszkę się podniósł.
„Klasa 1999 II: Zastępstwo” to kontynuacja, historia pewnej szkoły, do
której uczęszczają młodociani bandyci. Co ciekawe, chociaż to ciężcy
kryminaliści spoza nawiasu społeczeństwa, to mimo wszystko szanują
obowiązek szkolny i codziennie przychodzą na lekcje. Absurd totalny,
ale… co tam. Pewnego dnia pojawia się android, który podaje się za
nauczyciela zastępczego i zaczyna powolutku mordować krnąbrnych
podopiecznych.
Brzmi to jak grafomański bełkot, ale gdzieś tam jest ziarnko
potencjału na dobry film, chociaż tutaj akurat niewykorzystane. Twórcy z
braku umiejętności i funduszy stworzyli pokracznego potworka, który od
biedy można nazwać filmem sci-fi. 

Aktorstwo mamy tak drewniane, że nawet
Pinokio dałby z siebie więcej. Postacie uczniów nie są może tak
karykaturalne jak w poprzedniej części, ale ciągle przypominają
skrzyżowanie naćpanych punków z… bohaterami Mad Maxa, oczywiście z
nieograniczonym dostępem do broni. A żeby było śmiesznie całego tego
burdelu dogląda starszy fajtłapowaty policjant, taki jakich znamy z
amerykańskich filmowych bufetów z pączkami. No nie idzie przechwalić…

Są jednak i plusy. Uważny widz, podchodząc krytycznie do tego filmu
dopatrzy się licznych niekonsekwencji, stwarzających pozory niedbalstwa
reżysera, a jednak część z nich znajduje w końcu wyjaśnienie. Druga
rzecz to parę naprawdę niezłych scen, głównie rozwałki i mordowania,
które tu trącą myszką, ale zrealizowane przez prawdziwych filmowców
mogły by okazać się hitami.
W dużej mierze jednak fabuła wieje nudą na kilometr, a wylewające się
z ekranu kicz i taniocha zniechęcają, neutralizując te nieliczne
ciekawe rozwiązania fabularne (które aż prosiłyby się o Spielberga i
Stallone’a). Zresztą widać tu tyle inspiracji dobrym kinem akcji, że
biorąc pod uwagę rozmiar klęski, aż zastanawia, jak mogli tyle
spieprzyć. A i nawet ścieżka dźwiękowa nachalnie przypomina pewne stare,
kultowe motywy, tylko jest taka… tańsza.
Obyło się bez piwa, bo głupio tak z samego rana (a naprawdę to nie
chciało mi się iść do sklepu), ale gdybym miał browary, pewnie na trzech
by się skończyło.
Dla zainteresowanych:
Werdykt:

Dodaj komentarz