da

Nick Fury

 
NICK FURY

 

Pan Szyszek, autor „Miksera filmowego” to niestrudzony badacz gniotów wszelakich, którego zamiłowaniem jest czeska pornografia… a może westerny? W każdym razie, oto jedna ze zwycięskich, konkursowych recenzji, którą macie okazje podziwiać

Jeśli pamiętacie „Power Rangers” z lat 90′ to już możecie sobie odpowiedzieć na pytanie czy powinniście obejrzeć „Nicka
Fury” z 1998 roku czy nie. Jeśli nadal macie ochotę to przeczytajcie moją recenzję, bo widocznie zapomnieliście już jaki to był gniot.

Tania, kiczowata scenografia i niezbyt ładne zdjęcia to pierwsze co wzbudziło moją niechęć. A im dalej w las tym gorzej, bo efekty komputerowe, choć na tamte czasy chyba całkiem spoko, to dziś robią straszne wrażenie. Ale i to dałoby się jeszcze przełknąć, ba na tym etapie film ciągle mógł się uratować. Cóż więc nampozostało?

Fabuła, dialogi i gra aktorska – trzy wielkie, przegrane batalie
twórców. Niby dużo się dzieje, ale historia walki tajnej organizacji z grupą terrorystyczną została opowiedziana wyjątkowo nieudolnie.

Mimo dobrej woli wpołowie straciłem zainteresowanie i zacząłem jedynie zerkać na film zajmując się zupełnie innymi rzeczami. No i najważniejsze – David Hasselhoff, od lat jest już ikoną kina klasy B, dlatego spodziewałem się, że da popis niezłej żenady. Jednak to co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie pomogły opaska, cygaro, groźna mina ani totalna olewka na wszystkich i wszystko.

Twardzielem kina akcji albo się jest, albo nie, David niestety nie jest i to nie jest wybitnie, dlatego dziwię się, czemu naraża się na śmieszność. No ale już, gdyby chociaż inni podnosili poziom to jakoś by może było. Tymczasem reszta obsady jest równie udana. Wypacykowane panienki, wyglądające jakby własnie urwały się z planu pornola, czarne charaktery w dziwnych kostiumach i pogrzanych charakteryzacjach. A wszyscy jak jeden mąż
walący tak suche teksty, że nawet krem Nivea nie pomaga. Porównanie z „Power Rangers” jest tu naprawdę trafne chyba pod każdym względem.

„Nick Fury” to książkowy przykład kina klasy B i filmowego kiczu lat 90′, bez względu na to czy mamy akurat sceny gadane czy nawał akcji to i tak
jest nudno. Nie pomagają też humor i beznadziejny wątek miłosny, ale na nie zwyczajnie szkoda mi słów.

 

Dla zainteresowanych:
Werdykt:

 

1 komentarz

Dodaj komentarz