return

Powrót zabójczych ryjówek

THE RETURN OF THE KILLER SHREWS
POWRÓT ZABÓJCZYCH RYJÓWEK
Pięćdziesiąt lat to szmat czasu, podczas którego można spłodzić kilku synów, przechlać dorobek swojego życia lub będąc zwabionym wizją nielichej kasy wrócić na miejsce, gdzie ( pocąc się przy tym jak rodowity buhaj ) ledwo uszło się z życiem.
Dokładnie tak postąpił pewien emeryt, który prawie pół dekady wcześniej razem z przyjaciółmi stawał w szranki ze zmutowanymi ryjówkami. 
Ów wyspa, gdzie pewien doktorek doprowadził do mutacji tych sympatycznych ssaków stała się celem dla grupy filmowców, którzy mają kręcić na jej piaskach telewizyjne show ze zwierzętami.
Zatrudniając minimum obsady i posługując się człowiekiem przebranym za kozła by uniknąć kosztów ekipa dwoi się i troi, by ich filmidło było jako tako zjadliwe. 
Gdy jednak pojawiają się pierwsze ofiary, produkcje ogarnia chaos, a jedynym, kto może stawić czoła geriatrycznemu nemezis z zamierzchłych czasów jest ledwo człapiący, skory do wlewania w siebie procentów staruszek.
Żeby tradycji stało się zadość, rolę kapitana odgrywa ten sam aktor, który wcielił się w tę postać w pierwszej części! Cholera, nawet sam dom został jako tako stworzony na podobieństwo swego pierwowzoru.
Pamiętacie jak tragicznie wyglądały monstra w pierwszej części? W takim razie chcę wam uzmysłowić, że w najnowszej odsłonie wyglądają równie fatalnie.
 CGI jest co prawda pocieszne, ale wali drętwotą na kilometr i choć początkowo wygląda to zabawnie to… co ja gadam, cały czas miałem ubaw podziwiając te kalekie animacje.
A teraz drogie dzieciaczki, podsumowanko: całkiem zacnie bawiłem się na tym szyderczym remake’u, a to za sprawą dwóch rzeczy.  Dzięki szacunkowi dla pierwowzoru i za sprawą kompletnego jego braku
Wiem, że dziwnie to brzmi, ale to szczera prawda! Wyszło to ciekawie, choć trzeba mieć nielicho sprany beret, by bawić się przy tym dziele.
Dla zainteresowanych:
Werdykt:

Brak komentarzy

Dodaj komentarz