Tokyo Gore Police



TOKYO GORE POLICE


To już drugi film Yoshihiro Nishimury (na pewno znacie, choćby ze słyszenia :D), małego azjatyckiego kitajca, którego nienormalne zamiłowanie do makabry, japońskich lolitek i zmiennokształtnych, odrażających kryminalistów mogliście poznać podczas oglądania jego innych dzieł lub choćby z zamieszczonej na blogu recenzji filmu Helldriver.
Dlaczego wspomniałem o tej drugiej produkcji? Ponieważ oba filmy są do siebie zadziwiająco podobne. Biedna lolitka z nieodłączną piłą łańcuchową/samurajskim mieczem nie miała łatwego dzieciństwa, gdyż jak wieść niesie, jej ojciec został zastrzelony/zmielony po czym zjedzony w imię pewnych pryncypiów. Kiko, bohaterka Helldrivera poluje na zombiaki, a Ruka, występująca w TGP, stawia czoła Inżynierom, genetycznie zmodyfikowanym potworom-zabójcom.
Podobieństw w obu filmach znajdziecie masę, ale nie chcę się tu więcej o tym rozwodzić. Czas powiedzieć co nieco o tym, co wczoraj miałem przyjemność oglądać. Jest to film na wskroś dziwaczny i pokręcony, bo jak wytłumaczyć choćby reklamy, które pojawiają się w japońskiej telewizji i na ogromnych bannerach w centrum Tokio?
Oto kilka przykładów tematów reklam:
a) próba zaprezentowania najnowszych kolorowych, modnych nożyków, służących do cięcia przegubów rąk (w imię najnowszych trendów oczywiście)
b) reklama najnowszego krzyku mody, jakim jest wirtualny miecz podczepiany do TV, służący do rzeczywistej eliminacji skazanych na śmierć.
c) spot telewizyjny, mający na celu uświadomienie Japończykom, że hara-kiri nie różni się niczym od samobójstwa (kwestia podległości w firmach)
Oprócz takich smaczków znajdziemy tu poprawnie wykonaną (choć i tak nie umywającą się do poziomu Helldrivera) bandę odmieńców, a także przeróżnych potworności tryskających kwasem z cycków lub też zmieniających swe jakże zgrabne nóżki w potworne paszcze.
Fabuła jest dosyć ciekawa i choć dopiero pod koniec filmu trochę mnie to wszystko nużyło, to jednak była to raczej sprawa późnej godziny, niż samego sposobu prowadzenia opowieści.
Jak dla mnie, wielbiciele azjatyckiego, popierdolonego kina mogą spokojnie go odpalić (choć na 99% już go widzieli), reszcie z was powiem, że warto czasem zapuścić się w rejony, które wcześniej omijaliście szerokim łukiem, choćby dlatego, by móc upewnić się co do sił swojego żołądka.

Dla zainteresowanych:
http://www.youtube.com/watch?v=_nAAcYTCibY

Werdykt:

Dodaj komentarz